Terapeuta jako towarzysz. O relacji, w której ciało czuje się bezpiecznie
Wiele osób myśli o terapii jak o rozmowie, w której terapeuta ma coś „wytłumaczyć”, „ułożyć w głowie” albo podać rozwiązanie. Czasem tak się dzieje: pojawiają się nowe perspektywy, wnioski, strategie. Żeby to w ogóle było możliwe, najpierw musi wydarzyć się coś bardziej podstawowego.
Terapia zaczyna się wtedy, kiedy ciało zaczyna czuć, że jest bezpiecznie przy drugim człowieku. Nie chodzi o ładne zdania ani o obietnice. Chodzi o doświadczenie, że ktoś jest obecny, ugruntowany i stabilny. Czujesz, że nie musisz przewidywać, czy za chwilę zostaniesz oceniony, zawstydzony albo zignorowany. Wiesz, że możesz mówić o rzeczach trudnych i nie musisz udowadniać, że masz rację, że jesteś „w porządku” albo że zasługujesz na uwagę.
Relacja terapeutyczna nie jest dodatkiem do terapii. Ona jest terapią
W psychologii mówi się, że relacja terapeutyczna jest jednym z najważniejszych czynników leczących. To nie jest tylko teoria. Ludzie często przychodzą do gabinetu nie dlatego, że nie znają odpowiedzi, tylko dlatego, że nie mają miejsca, w którym mogą bezpiecznie być sobą.
W wielu relacjach, które znamy z życia, emocje są ryzykiem. Smutek bywa zbywany. Złość bywa karana. Lęk bywa wyśmiewany. Potrzeby bywają traktowane jak przesada. W takich warunkach człowiek uczy się jednego: lepiej się nie odsłaniać.
Terapia daje inne doświadczenie. Relacja ma ramy i zasady. Jest stabilna i przewidywalna. Nie musisz się domyślać, czy terapeuta zniknie, obrazi się, zacznie oceniać albo odwróci sytuację przeciwko Tobie. Taka przewidywalność działa kojąco na układ nerwowy. Dzięki niej ciało może przestać być w trybie alarmowym.
Terapeuta jako towarzysz – czyli ktoś, kto nie ratuje, tylko zostaje
Kiedy mówię o terapeucie jako towarzyszu, nie mam na myśli osoby, która „prowadzi za rękę” albo przejmuje ster. Towarzyszenie oznacza obecność, która nie pogania, nie przyspiesza i nie wywiera presji. To bycie obok wtedy, kiedy robi się trudno.
Taki terapeuta nie wchodzi z gotową odpowiedzią w pierwszej minucie. Nie próbuje szybko „naprawić” emocji klienta. Nie minimalizuje tego, co bolesne. Potrafi zostać przy człowieku w napięciu, w wstydzie, w bezradności. Taka obecność nie jest bierna. Jest aktywna, uważna i ugruntowana. Właśnie to daje klientowi sygnał: „mogę tu być, nawet jeśli we mnie jest chaos”.
Mój własny punkt odniesienia: ile lęku i wstydu nosiłam w sobie przed terapią
Piszę o tym również z osobistego miejsca, ponieważ dobrze pamiętam, jak to wygląda od środka. Przed terapią nosiłam w sobie ogromny lęk. To nie był lęk, który dało się łatwo nazwać. Był raczej stanem ciągłego napięcia, czujności, przewidywania, że coś zaraz się wydarzy. W tle był wstyd – bardzo głęboki, często niewidoczny na zewnątrz, ale stale obecny w środku.
Przez długi czas nie dało się o tym mówić. Nie dlatego, że nie chciałam. Powodem było to, że pewne rzeczy były zbyt trudne do wypowiedzenia. Wstyd potrafi działać jak zaciśnięte gardło. Wiesz, co chcesz powiedzieć, a ciało nie pozwala. Pojawia się myśl: „jeśli to powiem, coś się stanie”. W takich momentach człowiek uczy się milczenia, unikania, uśmiechu, który ma przykryć napięcie.
W terapii pierwszy raz doświadczyłam, że to, co niewypowiedziane, nie musi być niesione samotnie. Kiedy te rzeczy zostały nazwane, usłyszane i „utulone”, poczułam coś, czego nie da się zastąpić teorią ani techniką. To była ulga w ciele. Poczucie, że można być widzianym i nie zostać zniszczonym. Że ktoś potrafi przyjąć moją prawdę bez oceny.
Czasem leczy nie to, co mówimy, tylko to, co się dzieje między nami
W terapii są momenty, które z zewnątrz wyglądają zwyczajnie, a dla klienta są przełomowe. Ktoś wypowiada zdanie, którego nigdy nie powiedział na głos. Ktoś milknie i nie jest poganiany. Ktoś płacze i nie słyszy „uspokój się”. Ktoś mówi „nie wiem” i nie musi natychmiast tego wyjaśniać.
To są sytuacje, które uczą układ nerwowy czegoś fundamentalnego: emocje nie muszą kończyć się karą. Można być w relacji i nie musieć się bronić. Można mieć w sobie chaos i nadal być przyjętym. Tak działa korektywne doświadczenie emocjonalne. Nie chodzi o to, że ktoś Cię „przekonuje”. Chodzi o to, że Twoje ciało dostaje nową informację: „tu jest bezpiecznie”.
Jak to doświadczenie wpływa na moją pracę jako terapeutki
To doświadczenie nauczyło mnie czegoś bardzo ważnego jako terapeutkę: człowiek nie zmienia się dlatego, że usłyszy właściwe słowa. Człowiek zmienia się wtedy, kiedy jego układ nerwowy przestaje działać w trybie zagrożenia. Właśnie dlatego tak dużą wagę przykładam do jakości relacji terapeutycznej. Do obecności, do ugruntowania, do spokojnego tempa i do tego, żeby klient czuł, że ma przestrzeń na swoją prawdę — nawet jeśli jest ona trudna, wstydliwa albo chaotyczna.
Wiem, jak wygląda lęk, który nie daje się opowiedzieć. Wiem, jak wygląda wstyd, który zaciska gardło. Wiem też, jak wygląda ulga, kiedy coś zostaje wreszcie wypowiedziane i przyjęte bez oceny. Dlatego w mojej pracy nie interesuje mnie „naprawianie” ludzi. Interesuje mnie to, żeby człowiek mógł wrócić do siebie w sposób bezpieczny i realny — nie tylko w głowie, ale też w ciele.
Terapia uczy relacji także ze sobą
To, co dzieje się w gabinecie, często przenosi się potem na codzienne życie. Nie w sensie „nagle wszystko jest łatwe”. Bardziej w sensie drobnych przesunięć: szybciej zauważasz napięcie w ciele, szybciej łapiesz moment, w którym zaczynasz się spinać i zamykać. Pojawia się większa zdolność do zauważenia siebie, zanim pojawi się automatyczne działanie.
W terapii człowiek uczy się nie tylko mówić o emocjach. Uczy się je wytrzymywać. Uczy się, że nie trzeba ich natychmiast kontrolować ani udowadniać, że ma się nad nimi władzę. Dla wielu osób jest to pierwszy krok do realnej zmiany, ponieważ napięcie bardzo często nie wynika z „braku siły”, tylko z życia w ciągłym trybie przetrwania.
Na koniec
Terapia to miejsce, w którym ktoś jest przy Tobie na tyle stabilnie, że Twoje ciało może przestać walczyć. Dopiero wtedy można zacząć rozumieć, zmieniać i budować coś nowego. W tym sensie terapeuta jako towarzysz nie jest kimś, kto daje gotowe odpowiedzi. Jest kimś, kto pomaga Ci wrócić do siebie.
Jeśli czujesz, że Twoje ciało jest zmęczone ciągłym czuwaniem, być może nie potrzebujesz kolejnych porad ani kolejnego „ogarnięcia się”. Być może potrzebujesz relacji, w której jest bezpiecznie. Takiej, w której nie musisz udawać, że wszystko jest w porządku.
Na zakończenie zostawię Ci trzy pytania. Nie po to, żeby Cię analizować. Po to, żebyś mógł/mogła sprawdzić, czego naprawdę potrzebujesz:
Po czym poznajesz, że przy kimś czujesz się bezpiecznie?
Co Twoje ciało robi, kiedy próbujesz „trzymać się dzielnie”, mimo że w środku jest lęk albo wstyd?
Jaki byłby najmniejszy znak, że jest Ci dziś odrobinę lżej?
Natalia Dawidczyk.


