Ambicja czy obecność? O życiu między przyszłością a chwilą obecną

Rozwój czy bycie tu i teraz?

Współczesny świat zdaje się stawiać przed nami dwa pozornie sprzeczne wymagania. Z jednej strony zachęca nas do bycia „tu i teraz” – do uważności, celebrowania prostych chwil, zwolnienia i kontaktu z własnym wnętrzem. Z drugiej – promuje nieustanny rozwój, samodoskonalenie i ambicję, która nie zna granic. W rezultacie wielu z nas żyje rozdartych pomiędzy tymi dwoma biegunami, zastanawiając się, czy aby nie wybieramy źle.

W natłoku sprzecznych komunikatów łatwo popaść w skrajność. Możemy wpaść w pułapkę przekonania, że ciągle „powinniśmy robić więcej”, osiągać, ulepszać się, nie tracić czasu. Ale równie złudne bywa przeświadczenie, że wystarczy jedynie „być”, wycofać się z wszelkiego działania i zanurzyć w teraźniejszości – co czasem przeradza się w bierność, stagnację, a nawet w unikanie wyzwań. Tymczasem życie nigdy nie jest jednostronne – i nie musi być wyborem „albo–albo”. Przeciwnie, prawdziwa jakość życia zaczyna się wtedy, gdy przestajemy przeciwstawiać sobie rozwój i uważność, a zaczynamy je integrować.

Nieustanne myślenie o przyszłości ma swoje korzenie w naszej biologii. Mózg człowieka od zarania dziejów uczył się przewidywać, planować i minimalizować ryzyko – to cecha, która zwiększała szanse na przetrwanie. Dziś, choć nie ścigamy już dzikiej zwierzyny, nadal gonimy – za celami, rezultatami, sukcesem. I nic dziwnego: badania pokazują, że układ nagrody w naszym mózgu (odpowiedzialny m.in. za motywację i odczuwanie przyjemności) uaktywnia się najsilniej nie w momencie osiągnięcia celu, lecz tuż przed nim. To wtedy czujemy ekscytację, napięcie i nadzieję. Gdy już osiągniemy to, co sobie zaplanowaliśmy, radość szybko mija – i pojawia się nowy cel. Ten mechanizm – znany jako hedoniczna adaptacja – sprawia, że szczęście często okazuje się chwilowe, a pogoń za „więcej” staje się nieskończonym wyścigiem.

Choć rozwój jest źródłem poczucia sensu i sprawczości, jego nadmiar może prowadzić do wypalenia, lęku przed zatrzymaniem i wewnętrznej presji. Dla wielu osób rezygnacja z działania to niemal równoznaczna z utratą wartości – nie robię = nie jestem. Trudność w pozwoleniu sobie na pauzę staje się wtedy mechanizmem obronnym: odpoczynek budzi lęk, a kontakt z teraźniejszością – niewygodną pustkę. Z kolei nadmierne zanurzenie w „tu i teraz”, choć daje ulgę i pomaga wyregulować napięcie, może w skrajnej formie prowadzić do unikania odpowiedzialności, wyzwań i zaniedbania potrzeb, które realizują się właśnie w przyszłości.

Jak więc znaleźć równowagę? Być może odpowiedzią nie jest rezygnacja z żadnego z biegunów, lecz świadome łączenie ich na co dzień. Uczyć się bycia obecnym w działaniu. Planować, ale nie utożsamiać swojej wartości z rezultatem. Cele traktować jak drogowskazy, a nie jako dowody istnienia. Uważność praktykować nie tylko na macie, ale też przy tworzeniu, w relacjach, w codziennych decyzjach. Rozwój i obecność nie wykluczają się – mogą być jak dwa skrzydła, które pozwalają nam żyć pełniej.